Po poronieniu przestałam być dla teściów „na każde wezwanie” i nagle wyszło, kim naprawdę byłam w tej rodzinie
Pamiętam moment, kiedy po stracie dziecka stałam w kuchni teściowej i usłyszałam, że ziemniaki same się nie obiorą, jakby nic się nie wydarzyło. Przez lata robiłam dla tej rodziny wszystko, pomagałam, dokładałam pieniądze, organizowałam wizyty, święta i codzienne sprawy, a kiedy ja się rozsypałam, zostałam z tym sama. Dopiero gdy przestałam przyjeżdżać na każde skinienie, zobaczyłam, że nie walczę już tylko o szacunek, ale o własne zdrowie psychiczne i resztki siebie.