Kiedy umarł nasz syn, zostawił nam jedno marzenie. To ono uratowało nie tylko inne dzieci, ale też resztki naszego życia
Zobaczyłam tę kartkę dopiero dwa dni po pogrzebie, kiedy zmieniałam pościel w pokoju Jasia i próbowałam nie patrzeć na półkę z jego książkami. Była wsunięta pod poduszkę, trochę pognieciona, zapisana jego krzywym pismem. „Mamo, jak mnie nie będzie, to zróbcie, żeby dzieci w szpitalu miały książki, bo tam jest bardzo smutno”. Usiadłam na podłodze i nie miałam siły nawet płakać. Po prostu siedziałam z tą kartką w ręku i czułam, jak coś we mnie pęka po raz kolejny.
Jaś miał siedem lat i od trzech chorował na nieuleczalną chorobę. Najpierw była nadzieja, potem leczenie, kolejne oddziały, powikłania, izolatki, ten zapach płynu do dezynfekcji, który do dziś mnie cofa w czasie. Na onkologii dziecięcej nauczyliśmy się żyć od wyniku do wyniku. Od gorączki do gorączki. Od „może się uda” do „musimy być przygotowani”. Najgorsze jest to, że człowiek nawet do takiego piekła trochę przywyka. I to chyba najbardziej przeraża.
Jaś kochał książki. Czytałam mu codziennie, czasem po kilka godzin, bo tylko wtedy zapominał o bólu. Znał na pamięć całe fragmenty, poprawiał mnie, kiedy przekręcałam słowa. A kiedy na salę trafiało nowe dziecko, od razu pytał, czy ma co czytać. Mówił, że wieczory są najgorsze, bo wtedy najbardziej słychać płacz.
Po jego śmierci między mną a moim mężem, Michałem, została właściwie tylko cisza. Taka ciężka, lepka, pełna pretensji, których nikt nie umiał nazwać. Ja miałam żal, że on uciekał w pracę i formalności. On miał żal, że ja wszystko przeżywałam tak głośno, że w domu nie dało się oddychać.
Pewnego wieczoru położyłam przed nim kartkę od Jasia.
Przeczytał. Długo nic nie mówił. Tylko pocierał czoło i patrzył gdzieś obok mnie.
– I co teraz? – zapytał w końcu.
– Nie wiem. Ale nie mogę tego schować do szuflady.
– Anka, my ledwo wstajemy z łóżka.
– Wiem.
– Ledwo płacimy ratę za mieszkanie. Ja mam zaległości w pracy. Ty jesteś na zwolnieniu. My się sypiemy.
– Wiem – powtórzyłam. – Ale to było jego.
To „jego” zawisło między nami mocniej niż cokolwiek wcześniej.
Na początku chcieliśmy po prostu zawieźć trochę książek do szpitala, w którym leżał Jaś. Tyle. Bez wielkich planów. Napisałam post na osiedlowej grupie i na swoim profilu, że zbieramy nowe albo bardzo zadbane książki dla dzieci na oddział. Myślałam, że odezwie się kilka osób. Pierwszego dnia dostałam ponad sto wiadomości. Drugiego zadzwoniła do mnie biblioteka z Wołomina, potem szkoła z Otwocka, potem kobieta z Gdańska, której córka też kiedyś leżała na onkologii.
Książki zaczęły przychodzić wszędzie. Do mieszkania, do piwnicy, do garażu mojego brata. Michał wkurzał się, że nie da się przejść przez przedpokój.
– Anka, tu się nie da żyć! – rzucił, kiedy potknął się o trzy kartony.
– A my niby żyjemy? – odpowiedziałam za ostro.
Zamilkł. Ja też. Bo od razu wiedziałam, że trafiłam tam, gdzie najbardziej boli.
Przez kilka dni mijaliśmy się jak obcy. Potem któregoś ranka zobaczyłam, że siedzi przy stole z laptopem i czymś notuje.
– Co robisz? – spytałam.
– Sprawdzam, jak założyć fundację.
Usiadłam naprzeciwko i pierwszy raz od pogrzebu popatrzyliśmy na siebie normalnie. Bez bronienia się. Bez udawania.
To nie było piękne ani wzruszające jak w filmach. Kłóciliśmy się o wszystko. O nazwę. O statut. O to, czy przyjmować używane książki. O to, że za dużo wydajemy na transport. O to, że za mało prosimy ludzi o pomoc. Były dni, kiedy chciałam rzucić to wszystko, bo każdy telefon do szpitala kończył się potem płaczem w łazience.
Ale potem jechaliśmy na oddział z pierwszymi regałami i widziałam dzieci, które od razu podchodziły, dotykały okładek, wybierały coś dla siebie. Jedna dziewczynka bez włosów, może ośmioletnia, przytuliła książkę do piersi i powiedziała cicho: „To mogę wziąć na noc?”. Musiałam wyjść na korytarz, bo nogi się pode mną ugięły.
Fundację nazwaliśmy imieniem Jasia. Trochę się bałam, że to będzie za trudne, że codziennie będę rozdrapywać ranę. I rozdrapywałam. Tylko że ta rana przestała być całkiem martwa. Zaczęło z niej wyrastać coś dobrego, choć brzmi to dziwnie, wiem.
W ciągu dwóch lat zebraliśmy tysiące książek. Trafiły na oddziały onkologiczne i pediatryczne w całej Polsce. Do Lublina, Krakowa, Poznania, Białegostoku, Szczecina. Pomagali nam obcy ludzie, nauczyciele, księgowe, kurierzy, emerytki, studenci. Czasem ktoś dorzucał list. Czasem sto złotych do koperty. Czasem wiadomość: „Nie znam państwa, ale płakałam, czytając o Jasiu”.
Czy to uratowało nasze małżeństwo? Nie od razu. Było za dużo bólu, za dużo zmęczenia, za dużo winy, którą każde z nas nosiło po swojemu. Poszliśmy na terapię dopiero po roku. Wstydzę się, że tak późno, ale tak było. Michał pierwszy raz powiedział tam na głos, że czuł się bezużyteczny, bo nie umiał uratować własnego syna. Ja pierwszy raz przyznałam, że miałam do niego pretensję nawet o to, że oddychał spokojniej ode mnie.
Dzisiaj nadal są dni, kiedy wchodzę do pokoju Jasia i wszystko wraca naraz. Nadal nie umiem bez drżenia rąk słuchać dziecięcego śmiechu w szpitalnym korytarzu. Ale wiem jedno. Nasz syn odchodząc, zostawił więcej światła, niż niektórzy zostawiają przez całe życie.
I może właśnie dzięki temu my też jeszcze jakoś stoimy.
Czasem myślę, że dzieci potrafią widzieć rzeczy prościej i mądrzej niż dorośli. Czy wy też wierzycie, że z największego bólu może narodzić się coś, co uratuje innych?