Pod drzwiami nowego mieszkania na Wilanowie stanęłam twarzą w twarz z rodziną, która miała tę samą umowę co ja
„Jak to państwo też do pana Marcina?”
To było pierwsze zdanie, jakie usłyszałam, kiedy stanęłam z walizką pod drzwiami mieszkania w nowym bloku na Wilanowie. Pachniało świeżą farbą, na klatce jeszcze wisiały folie ochronne, a ja miałam w ręce klucze i podpisaną umowę. Naprzeciwko mnie stała kobieta z zaczerwienionymi oczami, obok niej mężczyzna zdyszany od noszenia pudeł, a za nimi dwójka dzieci siedziała na kartonach. I wszyscy patrzyli na mnie tak, jakbym przyszła zabrać im coś, co już było ich.
„Przepraszam, ale to ja wynajęłam to mieszkanie” — powiedziałam i od razu usłyszałam, jak głupio to zabrzmiało.
Mężczyzna wyciągnął z teczki umowę.
„My też. Kaucja wpłacona, czynsz za pierwszy miesiąc też. Mamy klucze. Proszę zobaczyć.”
Serce zaczęło mi walić tak mocno, że przez chwilę miałam mroczki przed oczami. Spojrzałam na dokument. Ten sam adres. To samo nazwisko właściciela. Ten sam dzień podpisania umowy.
Jeszcze rano byłam szczęśliwa. Po rozwodzie szukałam czegoś małego, czystego, blisko pracy. Nie luksusu, po prostu normalności. To mieszkanie wydawało się idealne. Nowy blok, dobra cena jak na Wilanów, właściciel uprzejmy, konkretny. Mówił szybko, trochę nerwowo, ale uznałam, że pewnie mu się spieszy. Podpisał umowę, wziął ode mnie kaucję i pierwszy czynsz. Prawie jedenaście tysięcy złotych. Moje oszczędności. Odkładane po trochu, miesiącami, czasem kosztem własnych przyjemności.
A teraz stałam pod tymi drzwiami i patrzyłam na rodzinę, która straciła dokładnie to samo.
„To jakiś żart?” — syknęłam i od razu zaczęłam dzwonić do właściciela.
Nie odebrał.
Kobieta obok mnie też wyciągnęła telefon.
„Do mnie od rana już nie oddzwania. Mieliśmy przyjechać na czternastą. Syn ma jutro rozpoczęcie w nowej szkole.”
Jej głos się załamał. Młodsza dziewczynka zaczęła marudzić, że jest głodna. Mężczyzna oparł głowę o ścianę i tylko mruknął pod nosem: „Ja pier…”. Urwał, bo spojrzał na dzieci.
Przez chwilę było między nami napięcie nie do wytrzymania. Każde z nas miało ochotę krzyczeć. Każde miało powód. Ja czułam, że zaraz się rozpłaczę z bezsilności. Oni wyglądali, jakby od dwóch dni żyli na kawie i stresie.
„Nie mamy gdzie jechać” — powiedziała kobieta już ciszej. „Wynajmowaliśmy wcześniej pod Piasecznem, umowa się skończyła, wszystko spakowane. Na hotel nas nie stać. Na kolejną kaucję też nie.”
I co ja miałam powiedzieć? Że mnie też nie stać? Że nocuję od tygodnia u koleżanki na rozkładanej sofie i to mieszkanie miało być końcem tego prowizorium? Że jeśli nie odzyskam tych pieniędzy, to się posypię finansowo na dobre?
Spróbowaliśmy wejść do środka. Mieliśmy dwa komplety kluczy, ale zamek jak na złość się zacinał. W końcu otworzyliśmy. W mieszkaniu było pusto. Tylko kurz na parapecie, instrukcja do piekarnika i dwie rolki papieru po taśmie malarskiej. Żadnej wskazówki, żadnej kartki, nic.
Zadzwoniliśmy na policję. Przyjechali po jakimś czasie, spojrzeli na umowy, spisali dane i powiedzieli to, czego bałam się najbardziej: że to wygląda na oszustwo i sprawa jest bardziej cywilna niż „od ręki”. Czyli w praktyce: proszę złożyć zawiadomienie, proszę iść do sądu, proszę czekać.
„A my mamy dziś spać gdzie?” — zapytałam policjanta.
Wzruszył ramionami. Nie bezczelnie. Bardziej tak, jak wzrusza ramionami człowiek, który wie, że system i tak nic szybko nie zrobi.
Wieczorem siedzieliśmy wszyscy na podłodze w tym pustym mieszkaniu. Obca rodzina i ja. Dzieci jadły drożdżówki kupione w Żabce na dole. Kobieta miała na imię Justyna. Jej mąż, Paweł, ciągle próbował dodzwonić się do właściciela. Ja pisałam wiadomości, coraz ostrzejsze, coraz bardziej rozpaczliwe. W końcu telefon pana Marcina został wyłączony.
I wtedy do mnie dotarło, że on po prostu zniknął. Z naszymi pieniędzmi. Z moją kaucją. Z ich kaucją. Może nie byliśmy pierwsi.
Następne tygodnie były koszmarem. Zawiadomienie na policji, konsultacja z prawnikiem, który już na wejściu powiedział: „Proszę się przygotować na długą walkę”. Szukanie czegokolwiek do wynajęcia przy cenach, od których robiło mi się słabo. Praca w dzień, telefony po urzędach po pracy, a wieczorami płacz z przemęczenia. Tak, zwyczajnie płakałam. W łazience u koleżanki, żeby nie słyszała.
Najgorsze było to, że miałam w sobie dwa uczucia naraz. Wściekłość i poczucie winy. Bo kiedy tamtego dnia Justyna zapytała mnie, czy nie zgodzę się, żeby oni z dziećmi przespali tam jedną noc na materacach, pierwsza myśl była straszna: jeśli ich wpuszczę, później już ich stamtąd nie ruszę. Bałam się o siebie. O swoje pieniądze. O to, że zostanę z niczym.
A potem spojrzałam na ich syna, który udawał twardego, ale co chwilę ocierał nos rękawem, i po prostu nie umiałam być bez serca.
Zgodziliśmy się zostać tam do rana, wszyscy, byle tylko nie zostawiać mieszkania pustego. Siedzieliśmy praktycznie obcy, a jednak związani jednym oszustwem. Nikt prawie nie spał.
Sprawa trafiła do sądu. Okazało się, że właściciel miał długi i prawdopodobnie od dawna kombinował. Adres korespondencyjny fikcyjny, część danych nieaktualna. Prawnik powiedział, że nawet jeśli wygram, odzyskanie pieniędzy może być tylko na papierze. Wiecie, co to robi z człowiekiem? Czujesz, że postąpiłaś zgodnie z prawem, uczciwie, a i tak zostajesz sama z konsekwencjami.
Dziś nadal czekam. Mam wynajęty pokój, nie mieszkanie. Justyna z rodziną wyprowadzili się do jej siostry pod Otwock. Czasem do siebie piszemy. Śmieszne, ale z tej katastrofy została mi jedna prawdziwa relacja.
Najbardziej boli mnie to, że w tamtej sytuacji łatwo było zrobić z nas przeciwników. A przecież obie strony były ofiarami.
Powiedzcie, co wy byście zrobili na moim miejscu? Walczylibyście do końca o swoje, czy najpierw ratowali tych, którzy też stali pod tymi drzwiami z całym życiem w kartonach?