List do Świętego Mikołaja, który podzielił moją rodzinę – historia Lejli z domu dziecka
– Lejla, co tam piszesz? – głos pani Marii, mojej opiekunki, przerwał ciszę w kuchni. Siedziałam przy stole, ściskając w dłoni długopis. Kartka była już cała w kleksach od łez.
– Nic ważnego – odpowiedziałam cicho, chowając list pod zeszyt. Ale ona już wiedziała. Zawsze wiedziała, kiedy coś jest nie tak.
To był grudzień, śnieg padał za oknem, a dom Marii i Andrzeja pachniał piernikami. Wszyscy szykowali się do świąt, a ja… ja czułam się jak widmo. Dziewczyna z domu dziecka, która nigdy nie miała własnej choinki ani prezentu z serca.
Napisałam list do Świętego Mikołaja. Nie prosiłam o zabawki ani słodycze. Prosiłam o jedno: „Chcę mieć rodzinę, która mnie pokocha na zawsze”.
Maria przeczytała ten list. Widziałam łzy w jej oczach, gdy wieczorem przyszła do mojego pokoju.
– Lejla, myślałam, że jesteśmy już rodziną – powiedziała drżącym głosem.
– Jesteście… ale to nie to samo – wyszeptałam. – Wiem, że kiedyś będę musiała odejść. Że to nie jest na zawsze.
Zapanowała cisza. Maria usiadła obok mnie na łóżku i objęła mnie ramieniem. Poczułam jej ciepło, ale też dystans, którego nie potrafiłam pokonać.
Następnego dnia w domu wybuchła burza. Andrzej był wściekły.
– Myślisz, że nie staramy się wystarczająco? – krzyczał do Marii, myśląc, że nie słyszę zza drzwi. – Po co ją braliśmy, skoro ona i tak chce odejść?
Siedziałam skulona na schodach i płakałam. Chciałam zniknąć. Chciałam być niewidzialna.
W szkole było jeszcze gorzej. Dzieci śmiały się ze mnie:
– Lejla z bidula! Pewnie dostaniesz prezent od Mikołaja z Caritasu!
Udawałam, że mnie to nie rusza, ale każda taka uwaga bolała jak cios.
W Wigilię Maria próbowała udawać, że wszystko jest w porządku. Był barszcz z uszkami, karp i makowiec. Ale atmosfera była napięta. Andrzej prawie się nie odzywał.
Po kolacji Maria wręczyła mi paczkę. Otworzyłam ją powoli – w środku była piękna lalka i ciepły szalik.
– To od nas… i od Mikołaja – powiedziała cicho.
Nie mogłam powstrzymać łez.
– Przepraszam… Nie chciałam was zranić – szlochałam.
Maria przytuliła mnie mocno.
– To my powinniśmy przeprosić. Może za mało rozmawiamy o tym, co czujesz…
Andrzej długo siedział w milczeniu przy choince. W końcu podszedł do mnie i powiedział:
– Lejla… jeśli chcesz być z nami na zawsze… możemy spróbować cię adoptować.
Serce mi stanęło. Z jednej strony tego pragnęłam najbardziej na świecie. Z drugiej – bałam się zaufać. Bałam się, że znowu zostanę sama.
Przez kolejne dni w domu panowała dziwna atmosfera. Maria była czuła i troskliwa jak nigdy dotąd, ale Andrzej wydawał się coraz bardziej zamknięty w sobie. Zaczęły się kłótnie o pieniądze, o przyszłość, o mnie.
Pewnego wieczoru usłyszałam ich rozmowę:
– Może to był błąd… Może nie jesteśmy gotowi na adopcję – mówił Andrzej zmęczonym głosem.
– Ale ona nas potrzebuje! – płakała Maria.
Czułam się winna wszystkiego. Gdyby nie mój list… Może byliby szczęśliwi? Może lepiej byłoby wrócić do domu dziecka?
W styczniu Maria zachorowała. Leżała w łóżku przez kilka tygodni, a ja starałam się jej pomagać jak mogłam: gotowałam herbatę, sprzątałam dom, czytałam jej książki. Andrzej coraz częściej wychodził z domu i wracał późno.
Pewnego dnia przyszedł do mnie i powiedział:
– Lejla… musimy porozmawiać. Maria bardzo cię kocha, ale ja… nie wiem, czy dam radę być twoim ojcem na zawsze.
Poczułam się jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi.
Kilka dni później odwiedziła nas pani z opieki społecznej. Rozmawiała długo z Marią i Andrzejem. Potem przyszła do mnie:
– Lejla, twoi opiekunowie bardzo cię kochają, ale muszą podjąć trudną decyzję. Chcą dla ciebie jak najlepiej…
Wiedziałam już, co to znaczy.
Wróciłam do domu dziecka na kilka miesięcy. Maria odwiedzała mnie co tydzień, przynosiła ulubione ciastka i książki. Andrzej pojawił się tylko raz – stał pod drzwiami i patrzył na mnie smutnym wzrokiem.
W końcu znalazła się nowa rodzina zastępcza – państwo Kowalscy z małego miasteczka pod Krakowem. Byli ciepli i serdeczni, ale ja długo nie potrafiłam im zaufać.
Minęły lata. Dziś mam 19 lat i sama wynajmuję pokój w Krakowie. Studiuję pedagogikę i marzę o tym, żeby kiedyś stworzyć dom dla dzieci takich jak ja – dzieci bez korzeni, które pragną tylko jednego: być kochane bezwarunkowo.
Czasem wracam myślami do tamtego Bożego Narodzenia i zastanawiam się: czy jeden list może naprawdę zmienić wszystko? Czy dziecko ma prawo prosić o miłość – nawet jeśli to oznacza rozpad czyjegoś świata?
A Wy… co byście zrobili na moim miejscu? Czy warto walczyć o swoje marzenia za wszelką cenę?