Nie zgodziłam się z mamą. Teraz cała rodzina uważa, że jestem zła.
— Znowu?! Naprawdę nie moglibyście raz pomyśleć o mnie? — wrzasnęłam, trzaskając drzwiami do swojego pokoju. Głos mamy przeciął ciszę jak nóż. — Agata, nie przesadzaj, Tomek potrzebuje komputera do konkursu matematycznego. Pożyczysz mu laptopa na tydzień i tyle.
Nie pierwszy raz widziałam, jak na potrzeby moich braci zbiega się cała rodzina. Tomek i Bartek — bliźniacy o niezmiennie rumianych policzkach i bystrych oczach — byli oczkiem w głowie rodziców od dnia narodzin. Miałam wtedy siedem lat i pamiętam, jak mama tuliła ich przy szpitalnym oknie. Ja stałam obok z sukienką poplamioną sosem do spaghetti — czułam tylko zimno i słodkawo-mdły zapach szpitala. „Agatko, opiekuj się braćmi, dobrze? Jesteś już taka duża” – powtarzała mama, jakby to miało mi wystarczyć za jej bliskość.
Z biegiem lat czułam się coraz bardziej niewidzialna. Prezenty pod choinką — dla chłopaków markowe buty, konsola, rowery. Dla mnie? Skarpetki, książka, czasem coś do szkoły. Jakby przypomnienie, że jestem od spraw odrobienia lekcji, przyprowadzenia braci ze świetlicy, a nie od przyjemności. A na rodzinnych spotkaniach? Ciotka Jadzia zawsze muskała mnie spojrzeniem: „A, Agatka, taka cicha… pewnie taka grzeczna przez te wszystkie obowiązki. Będzie pożytek.”
Ale dzisiejsza sytuacja była kroplą, która przelała czarę. Mój laptop to nie tylko sprzęt — to mój azyl. Pisałam na nim pamiętnik, pisałam swoje pierwsze opowiadanie, do matury przygotowywałam się właśnie tam, chowając się w swoim świecie. Zabrano mi znowu coś mojego, bez pytania.
Siedziałam na łóżku, łzy ściekały po policzkach, kiedy do pokoju wszedł tata. — Agata, nie wysilaj się. Jesteś starsza, musisz zrozumieć, że masz więcej obowiązków. Chłopcom trzeba pomóc — powiedział z tym swoim twardym spokojem, który zawsze mnie irytował.
— To nie jest fair! — wyszlochałam. — Zawsze wszystko dla nich, a ja… Co ja? Czy ja mogę dostać raz coś dla siebie?
Tata uśmiechnął się żałośnie i pogłaskał mnie po głowie, jakbym była psem, którego trzeba pocieszyć. — Wszystko się ułoży, zobaczysz. W domu trzeba się wspierać.
Wieczorem z kuchni docierały stłumione głosy. Mama szeptała ciotce przez telefon: „Agata znowu zrobiła scenę. Nie wiem, co z nią będzie, taka samolubna ostatnio… Cały czas tylko sobie myśli, a przecież rodzina najważniejsza.”
Następnego dnia przyjechała ciotka Jadzia. Wyściskała chłopaków, a potem na moment spojrzała na mnie. — Słyszałam, że masz zły humor, Agatko. Musisz zrozumieć, że starszy musi poświęcać więcej, tak świat jest zbudowany… Ja też musiałam! — Jej wspomnienia pewnie były inne, jej własne rodzeństwo się nią zachwycało. Ja nie miałam takich szczęśliwych anegdot.
Od rana czułam się, jakbym miała gorączkę. W szkole też nie było łatwiej — nauczycielka spytała, czy nie mogłabym pomóc Bartkowi w biologii. Kiedy powiedziałam, że sama mam egzaminy, spojrzała na mnie z wyrzutem. — W rodzinie trzeba pomagać, Agato. To się liczy później.
Zaciskałam pięści. Przecież ja zawsze pomagałam! Zbierałam dla nich grzyby, odrabiałam prace domowe, tłumaczyłam, dlaczego ślimaki są hermafrodytami, nawet proszkowałam im ubrania na WF. Moje życie było uszyte na miarę ich potrzeb.
Wieczorem odważyłam się powiedzieć mamie, że nie oddam Tomkowi laptopa. — Mam swoje rzeczy, swoje życie. Możecie kupić mu tani sprzęt, przecież nic wam nie brakuje.
Mama patrzyła na mnie długo, z czymś jakby rozczarowanie pomieszane z żalem. — Myślałam, że wychowałam cię na lepszego człowieka, Agato. Ta rodzina cię utrzymała, dała ci wszystko.
Prysnęłam śmiechem pod nosem. — Wszystko? Może chłopakom daliście wszystko. Ja dostałam tylko obowiązki.
Mama zaczęła płakać. A potem zebrała całą rodzinę, by opowiedzieć im, jaką jestem niewdzięcznicą. Nagle Tomek i Bartek, na co dzień pogrążeni w swoim świecie, spojrzeli na mnie spode łba. — Czy ty nie przesadzasz? To przecież tylko komputer.
Nie wiedziałam, jak im wyjaśnić, co czuję. Że to nie chodzi o komputer, tylko o bycie widzialną w tej rodzinie. O ten moment, kiedy mama przychodzi wieczorem zapytać, jak poszło w szkole. O to, że nawet dziadek na święta pyta: „Chłopaki, co chcecie od Mikołaja?”, a do mnie: „Ty to już chyba na wszystko za duża.”
Wieczorem leżałam w łóżku, w głowie dudniło mi pytanie: czy naprawdę jestem taka zła? Czy po prostu chcę być dostrzeżona, chcę, żeby ktoś pochwalił, uśmiechnął się, powiedział: „Dobrze się spisałaś, Agata”? Może ktoś z was był w podobnej sytuacji. Jak powiedzieć rodzinie, że miłość nie polega tylko na dawaniu, ale na widzeniu drugiego człowieka?