Wpuściłam do naszego ciasnego mieszkania sześcioro dzieci po śmierci sąsiada, choć mąż krzyczał, że zwariowałam — nie mogłam patrzeć, jak rodzeństwo ma trafić osobno do domów dziecka

Stałam na klatce schodowej, kiedy po śmierci naszego sąsiada usłyszałam, że jego sześcioro dzieci może zostać rozdzielonych, i coś we mnie pękło. Wróciłam do naszego małego mieszkania w bloku i powiedziałam mężowi, że nie pozwolę, by rodzeństwo trafiło każde gdzie indziej, nawet jeśli ledwo starczało nam do pierwszego. Dziś wciąż pamiętam strach, wstyd, awantury i walkę z urzędami, ale też ten moment, kiedy po raz pierwszy poczułam, że naprawdę jesteśmy rodziną.

Miałam siedem lat, kiedy wzięłam niemowlę na ręce i zaprowadziłam nas wszystkich do szpitala, bo mama już nie wstawała z łóżka

Pamiętam ten poranek tak wyraźnie, jakby trwał do dziś: płacz mojego maleńkiego rodzeństwa, ciężki zapach zimnej herbaty i mama patrząca w ścianę, jakby nas nie widziała. Miałam siedem lat, kiedy po śmierci taty próbowałam sama utrzymać dom przy życiu i doprowadziłam nas do szpitala, bo bałam się, że wszyscy umrzemy po cichu. To historia o głodzie, strachu, rozdzieleniu i o tym, że czasem dziecko musi zrobić coś, czego nie powinno nigdy robić samo.