Ojciec zamknął nam drzwi po ślubie z sąsiadką. Do dziś nie wiem, czy broniliśmy pamięci mamy, czy skazaliśmy go na samotność
– To już nawet obrączkę nosisz? – wypaliłam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Ojciec stał w drzwiach w tej swojej granatowej koszuli, wyprasowanej aż za bardzo, jak nie on. Za jego plecami zobaczyłam Halinę z trzeciego piętra. W ręku trzymała ścierkę i mieszała zupę, jakby była u siebie od zawsze. W mieszkaniu pachniało rosołem i obcym perfumem. Nie tym domem, w którym mama przez trzydzieści osiem lat suszyła jabłka na kaloryferze i kłóciła się z ojcem o za mocno posoloną sałatkę jarzynową.
– Anka, nie zaczynaj – powiedział cicho.
Ale ja już zaczęłam. I chyba wszyscy od dawna na to czekaliśmy.
Mama zmarła w listopadzie. Rak trzustki. Szybko, brutalnie, bez litości. Jeszcze we wrześniu siedziała z wnuczką Mają przy stole i uczyła ją lepić uszka na Wigilię. W październiku była już cieniem samej siebie. Ojciec przy niej był, trzeba mu to oddać. Mył ją, karmił, siedział po nocach w fotelu i udawał, że czyta gazetę, a tak naprawdę patrzył, czy oddycha.
Po pogrzebie zmienił się nie do poznania. Niby chodził po mieszkaniu, niby coś robił, ale był jak pusty. Dzwoniłam codziennie.
– Tato, zjadłeś coś?
– Tak, tak.
– Co?
– Nie pamiętam.
Czasem przyjeżdżałam i znajdowałam go w kuchni, jak siedział po ciemku. Mówił, że nie chce zapalać, bo wtedy wszystko bardziej boli. To było straszne. Naprawdę się o niego bałam.
A potem pojawiła się Halina. Sąsiadka, wdowa od pięciu lat. Najpierw przynosiła mu rosół. Potem zaczęła wpadać na kawę. Potem już miała swoje kapcie pod kaloryferem.
Mój brat Krzysztof pierwszy wybuchł.
– Minęło pół roku od śmierci mamy. Pół roku! – syczał mi do telefonu. – On zwariował czy co?
Też tak myślałam. Zwłaszcza kiedy ojciec oznajmił nam przy niedzielnym obiedzie, że biorą ślub cywilny.
Tak po prostu. Ziemniaki, schabowe i komunikat, jakby mówił, że wymienia pralkę.
Maja odłożyła widelec.
– Dziadek, ale babcia dopiero co… – urwała i się rozpłakała.
Ojciec zesztywniał.
– Twoja babcia nie wróci – powiedział. – A ja nie chcę zdechnąć sam w tym mieszkaniu.
To słowo, „zdechnąć”, do dziś siedzi mi w głowie. Brzmiało okropnie. Prawdziwie.
Pokłóciliśmy się wtedy tak, że sąsiedzi pewnie słyszeli przez pion wentylacyjny. Krzysztof zarzucał mu brak szacunku. Ja mówiłam, że Halina wszystko przyspiesza, że ledwo mama odeszła, a już przestawia jej filiżanki w kredensie. Ojciec czerwieniał, zaciskał pięści.
– Wy nic nie wiecie o tym, jak tu jest wieczorem – rzucił. – Wy macie swoje domy. Swoje życie. A ja po osiemnastej słyszę tylko lodówkę i własny oddech.
Halinie też puściły nerwy.
– Co wy ode mnie chcecie? – powiedziała drżącym głosem. – Ja wam matki nie zabrałam.
– Ale weszła pani za szybko w jej miejsce – odpowiedziałam.
Do dziś pamiętam jej twarz. Jakby ją ktoś spoliczkował.
Na ślub nie poszliśmy. Żadne z nas. Nawet Maja, choć ojciec bardzo liczył, że przyjdzie. Wysłał jej wiadomość: „Dziadek chciałby cię mieć przy sobie”. Nie odpisała.
Potem było już tylko gorzej. Halina zaczęła decydować, kiedy możemy przyjść, bo „Stefan musi odpoczywać”. Zniknęły zdjęcia mamy z dużego pokoju, zostało jedno, małe, na komodzie. Kiedy zapytałam o albumy, ojciec powiedział, że schował, bo Halina nie musi codziennie patrzeć na cudzą żonę. Cudzą żonę. Moją matkę.
Wtedy pękłam.
Pojechałam do niego bez zapowiedzi. Była sobota, padał marznący deszcz, a ja całą drogę z tramwaju płakałam ze złości. Otworzył mi po kilku minutach.
– Gdzie są rzeczy mamy? – zapytałam od progu.
– Anka, nie teraz.
– Gdzie są jej swetry, zdjęcia, porcelana po babci? Co jeszcze oddaliście? Jej życie też schowaliście do piwnicy?
Ojciec spojrzał na mnie tak, jak nigdy wcześniej.
– Dosyć – powiedział. – Albo zaakceptujesz, że mam prawo ułożyć sobie resztę życia, albo przestań tu przychodzić.
– Z nią? Z kobietą, która po roku śpi w łóżku mamy?
Trzasnął drzwiami.
Po prostu. Przed własną córką.
Minęły dwa lata. Nie dzwoni. My też już rzadko próbujemy. Krzysztof mówi, że ojciec wybrał. Maja udaje, że temat jej nie obchodzi, ale kiedy mijamy jego blok, zawsze odwraca głowę. A ja czasem stoję pod szafą i trzymam szalik mamy, ten w bordowe pasy, który pachnie już tylko kurzem, i nie wiem, kogo bardziej opłakuję. Ją czy to, co zostało z naszej rodziny.
Najgorsze jest to, że z biegiem czasu przestałam być taka pewna swojej racji. Bo pamiętam jego pusty wzrok po pogrzebie. Tę ciemną kuchnię. Talerz z zaschniętym chlebem. Ciszę, która dusiła bardziej niż płacz. Może Halina nie była wielką miłością. Może była deską ratunku. Ciepłym głosem w pustym mieszkaniu. Drugą herbatą wypitą we dwoje.
A może naprawdę daliśmy się ponieść żałobie i zrobiliśmy z mamy pomnik, pod którym kazaliśmy ojcu siedzieć do końca życia.
Tylko czy można tak szybko wejść w nowe życie, nie depcząc starego? I czy dzieci mają prawo mówić ojcu, jak długo ma być sam, żeby ich sumienie było spokojne?