Zamieć życiowych decyzji: Moja zima przebudzenia

Zaskrzypiał śnieg pod moimi butami, kiedy z trudem otwierałam bramę do klatki, łapiąc się za poręcz, bo wiatr smagał mi twarz lodowatym oddechem. Ledwo widziałam czubek własnych butów — taka była zamieć. „Cholerna Warszawa” — mruknęłam pod nosem, zadając sobie pytanie, jak bardzo musiałam się pogubić, skoro wracam do pracy, której jeszcze pół roku temu pogardzałam. Pamiętam dobrze ten letni dzień, kiedy rzuciłam papierami z teatralnym rozmachem. Wszystko dla Krzyska. Wszystko dla nas, dla naszego planu na lepsze życie. Miałam wtedy pewność, że praca w agencji reklamowej jest ostatnią rzeczą, której potrzebuję do szczęścia. Krzysiek zapewniał, że przeprowadzka do Poznania to nasza szansa, a ja zaufałam i zostawiłam wszystko: Mama z wyraźnie zbolałą miną próbowała zapytać, co dalej, ale nie słuchałam. Byłam pewna siebie. Może za bardzo?