Nigdy nie sądziłam, że rodzinne wizyty mogą być aż tak wyczerpujące. Nie chcę już ich gościć, zwłaszcza mojego siostrzeńca.

— Znowu przyjadą. — Myśl ta uderzyła mnie jak zimny prysznic, gdy w piątkowy poranek wyciągałam wiadro ze studni. Woda była lodowata, a ręce już drżały ze zmęczenia, choć dzień dopiero się zaczynał. — Musisz wszystko przygotować, Marysiu, bo jak przyjadą, to będą patrzeć — powtarzałam sobie w myślach głosem mojej matki, który wciąż słyszę, choć minęło już tyle lat od jej śmierci.

Wiedziałam, że znowu będę musiała zejść do piwnicy po ziemniaki, przynieść słoiki z ogórkami, wyciągnąć mięso z zamrażarki. Wszystko musi być świeże, dom wysprzątany, podłogi umyte, a zwierzęta nakarmione zanim rodzina przekroczy próg. Najgorszy jest jednak mój siostrzeniec, Bartek. Kiedyś był uroczym chłopcem, teraz to dwudziestoparolatek, który nie potrafi uszanować niczyjej pracy.

— Ciociu, a co tak śmierdzi w tej stodole? — zapytał ostatnio, gdy tylko wszedł na podwórko. — Może byś w końcu coś z tym zrobiła, bo aż się odechciewa tu jeść.

Zacisnęłam zęby, bo przecież nie wypada się kłócić przy rodzinie. Ale w środku aż się gotowałam. Przecież to gospodarstwo, nie apartament w Warszawie! Każdego dnia wstaję o piątej, żeby nakarmić kury, wydoić krowę, posprzątać oborę. Bartek nigdy nie zapytał, czy może mi pomóc. Zamiast tego rozsiada się w kuchni, wyciąga telefon i narzeka, że nie ma zasięgu.

— Mamo, a czemu ciocia nie ma Wi-Fi? — pyta moją siostrę, jakby to był największy problem świata.

Moja siostra, Anka, tylko wzrusza ramionami. — Wiesz, Marysia zawsze była trochę staroświecka — mówi z uśmiechem, który ma ukryć jej zażenowanie.

A ja czuję, jak narasta we mnie żal. Przecież to ja zawsze byłam tą, która pomagała wszystkim. To do mnie przyjeżdżali na wakacje, to ja gotowałam obiady na święta, to ja opiekowałam się chorą matką, gdy wszyscy inni byli zbyt zajęci. Teraz, gdy zostałam sama na gospodarstwie, oczekują ode mnie, że nadal będę ich gościć z otwartymi ramionami, jakby nic się nie zmieniło.

— Marysiu, a masz może jeszcze ten kompot z wiśni? — pyta Anka, rozglądając się po kuchni. — Bartek bardzo lubi.

— Jest w piwnicy, ale muszę zejść i przynieść — odpowiadam, choć nogi już mnie bolą od biegania po schodach.

Bartek nawet nie podnosi wzroku znad telefonu. — To może dwa, bo szybko się kończy — rzuca niedbale.

Z trudem powstrzymuję łzy. Przecież mogliby chociaż raz zapytać, czy czegoś nie trzeba pomóc. Zamiast tego siedzą, rozmawiają o swoich sprawach, śmieją się z moich starych mebli, z tego, że nie mam zmywarki, że woda w kranie czasem leci brązowa.

Wieczorem, gdy wszyscy już śpią, wychodzę na podwórko. Siadam na ławce pod jabłonią i patrzę w gwiazdy. Wtedy czuję się wolna. Tylko tutaj mogę być sobą, bez udawania, bez uśmiechu na pokaz. Przypominam sobie, jak kiedyś marzyłam o tym, żeby mieć dużą rodzinę, żeby dom zawsze był pełen ludzi. Teraz marzę tylko o ciszy.

Następnego dnia rano Bartek znowu narzeka. — Ciociu, a nie masz czegoś lepszego na śniadanie? — pyta, patrząc z niesmakiem na jajecznicę z wiejskich jaj. — U nas w mieście to się je inaczej.

— To może sam sobie zrobisz? — wyrwało mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać. W kuchni zapadła cisza. Anka spojrzała na mnie zaskoczona, a Bartek tylko wzruszył ramionami i wyszedł na podwórko.

— Marysiu, nie przesadzaj. On jest jeszcze młody, nie rozumie — próbowała mnie uspokoić siostra.

— Ale ile razy można tłumaczyć? — odpowiedziałam cicho. — Przecież to nie jest hotel.

Po ich wyjeździe dom wydaje się jeszcze bardziej pusty niż zwykle. Zbieram talerze, sprzątam kuchnię, zmywam podłogę, bo Bartek wdepnął w błoto i nie raczył nawet zdjąć butów. Każdy kąt przypomina mi o tym, jak bardzo się zmieniło. Kiedyś cieszyłam się na te wizyty, teraz czuję tylko zmęczenie i rozczarowanie.

Wieczorem, gdy siedzę przy piecu i słucham, jak drewno trzaska w ogniu, zastanawiam się, czy to ja się zmieniłam, czy to oni przestali mnie szanować. Może powinnam przestać się starać? Może czas powiedzieć „dość” i zadbać o siebie?

Czasem myślę, że lepiej byłoby zostać tu samej, z moimi zwierzętami i ogrodem, niż znosić te rodzinne wizyty, które zostawiają po sobie tylko bałagan i smutek.

Czy naprawdę rodzina powinna być źródłem takiego zmęczenia? Czy to ja jestem zbyt wymagająca, czy oni zbyt obojętni? Może powinnam w końcu postawić granicę i zadbać o własny spokój? Co wy o tym myślicie?