Wahałam się powiedzieć „nie”, gdy kuzynka pożyczyła moją ulubioną książkę: Jak ją odzyskałam
– O, „Cień wiatru”! – wykrzyknęła Wiktoria, ledwo przekroczyła próg mojego pokoju. Stała w drzwiach, z kurtką jeszcze na ramionach, a jej wzrok natychmiast padł na półkę z książkami. – Słyszałam, że to świetna powieść. Mogę pożyczyć?
Zamarłam. Wiktoria była córką siostry mojej babci, więc technicznie rzecz biorąc – kuzynką, ale w praktyce prawie obcą osobą. Widziałam ją może raz, dwa razy w roku, najczęściej podczas świąt, kiedy wszyscy tłoczyliśmy się przy stole, a ona zawsze siedziała cicho, z telefonem w ręku. Teraz jednak stała przede mną, wyciągając rękę po moją ukochaną książkę, jedyną, do której wracałam w trudnych chwilach, z notatkami na marginesach i zagiętymi rogami stron, które najbardziej mnie poruszyły.
– Jasne… – wymamrotałam, zanim zdążyłam się zastanowić. – Tylko… uważaj na nią, proszę. To dla mnie ważna książka.
– Spoko, oddam za tydzień! – rzuciła, już chowając powieść do swojej torby. Nawet nie spojrzała mi w oczy.
Przez resztę wieczoru nie mogłam się skupić na rozmowach przy stole. Słyszałam, jak babcia pyta Wiktorię o studia, a ona odpowiadała półsłówkami. Wszyscy byli zajęci swoimi sprawami, nikt nie zauważył, że ja siedzę jak na szpilkach. Książka była już poza moim zasięgiem, a ja nie miałam odwagi poprosić, by mi ją oddała. W głowie kłębiły mi się myśli: „Przecież to tylko książka. Przesadzam. Ale co, jeśli ją zgubi? Albo zniszczy? A jeśli nie odda wcale?”
Minął tydzień. Potem dwa. Wiktoria nie dzwoniła, nie pisała. Próbowałam się przekonać, że nie wypada się upominać – przecież to rodzina, nie chcę wyjść na zrzędę. Ale z każdym dniem czułam coraz większy żal. W końcu zebrałam się na odwagę i napisałam do niej na Messengerze:
„Hej, jak tam książka? Mam nadzieję, że się podoba. Jeśli już przeczytałaś, to mogłabyś mi ją oddać?”
Czekałam na odpowiedź dwa dni. W końcu pojawiła się lakoniczna wiadomość: „Jeszcze nie skończyłam, oddam jak przeczytam.”
Poczułam się, jakby ktoś mnie zignorował. Przecież to była MOJA książka! Zaczęłam się zastanawiać, czy nie przesadzam. Może rzeczywiście powinnam być bardziej wyrozumiała? Ale z drugiej strony, czy to nie jest tak, że powinnam umieć postawić granicę, nawet rodzinie?
Minął miesiąc. Wiktoria nie dawała znaku życia. Książka była dla mnie czymś więcej niż tylko lekturą – była moim azylem, miejscem, do którego uciekałam, gdy świat mnie przytłaczał. Bez niej czułam się, jakby ktoś wyrwał mi kawałek siebie. W końcu postanowiłam działać. Zadzwoniłam do niej, choć serce waliło mi jak młot.
– Cześć, Wiktoria. Przepraszam, że zawracam głowę, ale bardzo mi zależy na tej książce. Czy mogłabyś mi ją oddać w tym tygodniu?
– No dobra, dobra, oddam. Przecież mówiłam, że oddam – odpowiedziała z wyraźnym zniecierpliwieniem. – Przyjadę w sobotę do babci, to ci ją zostawię.
W sobotę przyszłam do babci wcześniej, żeby mieć pewność, że się spotkamy. Wiktoria przyszła spóźniona, rzuciła mi książkę na stół i nawet nie spojrzała w moją stronę. Okładka była lekko zagięta, a na jednej ze stron znalazłam ślad po kawie. Poczułam, jak wzbiera we mnie złość, ale nie powiedziałam nic. Wszyscy byli w kuchni, śmiali się, rozmawiali, a ja stałam z tą książką w ręku, czując się jak dziecko, które nie potrafiło upomnieć się o swoje.
Wieczorem, kiedy wróciłam do domu, długo patrzyłam na książkę. Z jednej strony cieszyłam się, że ją odzyskałam, z drugiej – czułam żal, że nie potrafiłam być bardziej stanowcza. Przecież to nie chodziło tylko o książkę, ale o szacunek do siebie i swoich granic. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak trudno jest mi powiedzieć „nie”, nawet w tak prostej sprawie. Czy to przez wychowanie? Przez to, że w rodzinie zawsze uczono mnie, żeby nie robić problemów?
W kolejnych dniach długo rozmawiałam o tym z mamą. Ona też przyznała, że często woli przemilczeć sprawy, niż wywoływać konflikt. „Ale czasem trzeba się upomnieć o swoje” – powiedziała. „Inaczej ludzie będą cię wykorzystywać, nawet jeśli nieświadomie.”
Od tamtej pory staram się być bardziej asertywna, choć wciąż nie jest to łatwe. Zastanawiam się, czy inni też mają takie doświadczenia. Czy tylko ja mam problem z mówieniem „nie” rodzinie? Czy to normalne, że tak bardzo boimy się konfliktów, nawet jeśli chodzi o coś, co jest dla nas ważne?
Może powinnam była od razu powiedzieć, jak bardzo ta książka jest dla mnie ważna? Może powinnam była odmówić? A może to właśnie takie sytuacje uczą nas, jak stawiać granice? Co wy o tym myślicie?