Wysłałam synów do sklepu. Wrócił tylko jeden. Ta chwila zmieniła wszystko.
– Kacper, wracajcie szybko i nie rozdzielajcie się! – krzyknęłam za synami, kiedy zamykali za sobą drzwi. Michał, mój młodszy, podskakiwał z ekscytacji, bo rzadko pozwalałam mu iść do sklepu z bratem. Kacper miał dwanaście lat, był już odpowiedzialny, a Michał – sześć, wiecznie ciekawski i wszędzie go było pełno.
Był piątek, godzina szesnasta. Zupa pyrkała na kuchence, a ja w pośpiechu kończyłam raport do pracy. Zawsze mogłam liczyć na Kacpra – był moją prawą ręką odkąd mąż wyjechał do Niemiec za pracą. Michał z kolei… cóż, był moim oczkiem w głowie, ale też największym utrapieniem. Wciąż coś psocił, zadawał tysiące pytań i nie potrafił usiedzieć w miejscu.
Zadzwoniłam do mamy: – Chłopcy poszli po mleko i chleb. Michał pierwszy raz sam…
– Uważaj na niego – ostrzegła mama. – On jest taki roztrzepany.
– Wiem, mamo. Ale przecież Kacper go przypilnuje.
Minęło dwadzieścia minut. Zwykle wracali po kwadransie. Zerkałam przez okno, ale na ulicy było pusto. Próbowałam się nie martwić – może kolejka w sklepie? Może Michał marudził przy półkach? Ale kiedy minęło pół godziny, poczułam niepokój ściskający gardło.
W końcu usłyszałam trzask drzwi. Wpadł Kacper, blady jak ściana, z siatką w ręku.
– Gdzie Michał?!
– Mamo… On… On zniknął! – głos mu drżał.
– Jak to zniknął?!
Kacper zaczął opowiadać przez łzy:
– Byliśmy już przy kasie. Michał chciał zobaczyć lizaki. Powiedziałem mu, żeby poczekał przy wejściu. Odwróciłem się na chwilę… A potem już go nie było!
Serce waliło mi jak młotem. Wybiegłam na klatkę schodową, potem na ulicę. Krzyczałam jego imię, biegałam między blokami, zaglądałam do piaskownicy, na boisko. Ludzie patrzyli na mnie ze zdziwieniem, ktoś zapytał:
– Co się stało?
– Mój syn… sześć lat… zaginął!
Kacper szedł za mną ze spuszczoną głową. Widziałam w jego oczach strach i poczucie winy.
Po godzinie bezowocnych poszukiwań zadzwoniłam na policję. Głos mi się łamał:
– Proszę… mój syn… Michał Nowak… sześć lat…
Policjantka próbowała mnie uspokoić:
– Proszę zostać w domu. Wyślemy patrol.
Czekałam jak na wyrok. Kacper siedział skulony na kanapie.
– To moja wina – szlochał.
Przytuliłam go mocno:
– Nie twoja! To ja powinnam była ich nie puszczać razem.
Godziny ciągnęły się jak wieczność. Przeszukałam mieszkanie, piwnicę, nawet śmietnik pod blokiem. Każdy dźwięk na klatce schodowej sprawiał, że serce podskakiwało mi do gardła.
Policjanci przyszli po dwóch godzinach. Zadawali pytania: co miał na sobie Michał, czy miał przy sobie telefon (nie miał), czy zna drogę do domu (znał). Spisali wszystko skrupulatnie.
Wieczorem przyszła sąsiadka:
– Może poszedł do kolegi? Do Antka?
Zadzwoniłam do rodziców Antka – nie było go tam.
Mąż dzwonił co pół godziny z Niemiec:
– Coś wiadomo?
– Nic…
Czułam się winna. Przecież to ja ich wysłałam razem. Przecież to ja powinnam była przewidzieć…
Noc była koszmarem. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na ulicę oświetloną latarniami. Każdy cień wydawał się podejrzany. Kacper zasnął wtulony we mnie, szlochając przez sen.
Nad ranem zadzwoniła policja:
– Znaleźliśmy chłopca na pętli autobusowej przy ul. Sienkiewicza.
Zerwałam się z miejsca i wybiegłam z domu szybciej niż kiedykolwiek w życiu.
Michał siedział na ławce obok starszej pani. Był brudny, zapłakany, ale cały.
– Mamusiu! – rzucił mi się w ramiona.
Pani opowiedziała:
– Zgubił się i płakał. Chciał jechać do babci autobusem…
Wróciliśmy do domu. Kacper rzucił się bratu na szyję:
– Przepraszam! Już nigdy cię nie zostawię!
Michał tylko się uśmiechnął:
– Ja też przepraszam…
Od tamtej pory nie pozwalam im chodzić samym nawet do osiedlowego sklepu. Mąż wrócił wcześniej z Niemiec – powiedział, że rodzina jest ważniejsza niż pieniądze.
Często wracam myślami do tamtego dnia. Czy mogłam zrobić coś inaczej? Czy jestem złą matką? A może każda z nas czasem popełnia błąd? Jak wy radzicie sobie z lękiem o swoje dzieci?